Pobudka o 7 rano? Nie ma problemu! No chyba że masz jet laga, bo Twój poprzedni dzień trwał 6 godzin dłużej niż normalny. Po 30 godzinach na nogach i podróży przez Atlantyk, jedyne o czym marzysz to dzień wolny i przespanie 12h pod rząd. Wczorajszy powrót z Times Square po północy nie ułatwił wstawania.
Droga do pracy zajęła mi tylko 10 minut na pieszo. Czego chcieć więcej? Dzień minął bardzo sennie, o 16 zaczęły zamykać mi się powieki, w końcu „na nasze” była już godzina 22 i brak odpowiedniej ilości snu dawał się we znaki. Amerykanie lubią zostawać w biurze. Oj tak, tydzień roboczy to tydzień roboczy, chyba nic więcej wtedy nie planują oprócz siedzenia w mieście. Każdy ma gotującą nianię, gosposię albo dobre knajpy w pobliżu, więc nie ma potrzeby wcześniejszego wracania, żeby zająć się domem i dziećmi. Dlatego i ja zostałam w biurze do 18, jako że czekała mnie służbowa kolacja.
Modna restauracja Marta przywitała mnie ciemnym, ciężkim wnętrzem i tłokiem. To co uderzyło mnie najbardziej, to amerykański customer service. Obługa kelnera była wyśmienita – on chciał z nami dłużej rozmawiać, chciał nas obsługiwać, chciał opowiadać o daniu dnia dłużej niż 10 sekund. Niektórzy mówią, że Amerykanie to nieszczery naród, który sztucznie się uśmiecha i pyta o samopoczucie nawet gdy nikogo to nie interesuje. Dla mnie był to dobry odpoczynek od smutnych Warszawiaków.
Jedzenie było pyszne, atmosfera też niczego sobie, ale wybiła 20 i trzeba było się pożegnać. Oczywiście od pół godziny siedziałam jak na szpilkach, bo chciałam już wyjść dalej zwiedzać miasto!

Pierwszy punkt wycieczki tego dnia to oczywiście Empire State Buiding. Nie wjechałam tego dnia na taras, byłam zbyt zmęczona, żeby móc poprawnie celebrować to doświadczenie. Przechadzałam się zatłocznymi uliczkami, obserwując miejską dżunglę.

Z racji późnej godziny, nie zdążyłam tego dnia zobaczyć wiele, jedynie przejść się po 5 Alei i skręcić raz jeszcze na Times Square. Dziewne, ale za każdym razem inaczej widziałam to miejsce. Tym razem było bardziej wyraźniejsze i rzeczywiste. Zobaczyłam więcej szczegółów. Widziałam obracającą się gitarę Hard Rock Cafe, sklep z pamiątkami Bubba Gump, reklamy Coca-Coli, sklepy takie jak ZARA, H&M i noworoczną kulę zawieszoną na szczycie jednego z wieżowców. Wszystko nabrało kształtów w mojej głowie. Zaczynało chyba do mnie powoli dochodzić to, że jestem w Nowym Jorku, ale był to proces bardzo bardzo leniwy.
Tego dnia jet lag niestety ze mną wygrał. W objęcia Morfeusza trafiłam jeszcze przed północą…
Kolejny dzień minął już znacznie szybciej i już o 17 byłam gotowa do wyjścia, żeby móc odhaczyć kolejne punkty wycieczki. Dzisiaj idę na podbój Rockefeller Center, czyli kompleksu łącznie 19 budynków. To tutaj co roku umieszczona zostaje najpopularniejsza choinka oraz lodowisko, uwiecznione chociażby w filmie Kevin Sam w Nowym Jorku.
Miejsce który każdy powinien zobaczyć to The Top of The Rock, czyli taras widokowy znajdujący się na 67 piętrze, kończący na 69. Znajduje się on w budynku 30 Rockefeller Plaza, które jest równoczenie biurowcem i studiem nagrań The Tonight Show starring Jimmy Fallon. Budynek obok zajmuje rozrywkowe centrum miasta, czyli Radio City Music Hall. Na jego scenie wystepowały takie gwiazdy i zespoły jak Pink Floyd, Lady Gaga, Britney Spears, Tony Bennett i wiele innych, dodatkowo był glównym miejscem nagrań kilku sezonów America`s Got Talent.


W późniejszych dniach miałam okazję odbyć wycieczkę również na Empire State Building. Z tych dwóch, Top of The Rock jest moim faworytem. Roztacza się z niego piękny widok na Central Park, który jest schowany za wieżowcami w przypadku widoku z Empire. Oczywiście jest to kwestia naszych oczekiwań i może była to kwestia zachwytu przez piewsze dni, ale zdecydowanie bardziej ten widok zapadł mi w pamięć.


Czy wiesz co oznacza termin Manhattanhenge? Ulice na Manhattanie przecinają się w kratkę (poza Broadway`em), a zjawisko Manhattanhenge to nic innego jak widok zachodzącego Słońca ustawionego w linii prostej między dwoma glównymi ulicami. Co roku, w okresie od maja do lipca, można zaobserwować jedynie kilka razy ten piękny widok. W 2018 dni te przypadały na 29 i 30 maja, więc spóźniłam się prawie miesiąc, żeby zobaczyć to zjawisko, ale i tak urzekło mnie gasnące światło na 6 Alei.


Na koniec dnia zostawiłam mój upragniony punkt wycieczki. Ogromny zielony punkt miasta – Central Park. W parku o długości 4km i szerokości 800m znajdują się nie tylko liczne ścieżki i trawniki, ale również boiska do softballa, baseballa, siatkówki i innych gier, zbiorniki wodne, restauracje i tawerny, przystanie, pole golfowe, zoo, fontanny, pomniki i wiele innych atrakcyjnych punktów. Jako niedowiarek, kompletnie nie przyjmowałam do wiadomości, że wchodząc do parku w tak dużym mieście można znaleźć spokój i cieszę od wiecznie głóśnego ruchu ulicznego.
Miałam rację, po przejściu pół kilometra wgłąb, cały cas słychać było samochody, taxi, autobusy, gwar przechodniów. Nawet nie zauważyłam kiedy po kolejnym takim dystansie wszystko ucichło. Szok i niedowierzanie! Tu na prawdę można odpocząć. Niestety park jest ogromny, a czas się kurczył. Zostałam wśród zieleni aż do zmroku, potem musiałam odpuścić sobie wycieczkę. Najważniejsze punkty, które udało mi się zobaczyć poniżej.


Najbardziej zapamiętanym punktem dla mnie będzie Minton Tiles at Bethesda Arcade oraz fontanna, do której wrzuciłam 20groszy, życząc sobie ponownego przyjazdu do Nowego Jorku.
Ważnym miejscem, którego nie mogłam ominąć jest pomnik króla Władysława Jagiełły, obowiązkowy dla Polonii zwiedzającej lub mieszkającej w Nowym Jorku. Musisz wiedzieć, że Amerykanie mają fioła na punkcie swojego kraju. Wszędzie wiszą amerykańskie flagi, można spotkać wiele pomników amerykańskich naukowców, prezydentów, generałów, ulice są nazywane tylko ich nazwiskami. Taki Polski akcent jest rzadko spotykany, dlatego dla mnie jest to „must have”.




Po wyjściu z Central Parku udałam się w stronę Grand Central Terminal, już ostatniego dziś punktu, po drodze mijając The Metropolitan Museum of Art, do którego z racji ograniczonego czasu nigdy nie weszłam. Idąc 5 Aleją z Upper East Side po lewej i Central Parkiem po prawej, myślałam, że nic mi się już dzisiaj bardziej nie spodoba od tego co do tej pory zobaczyłam. Tak bardzo znowu się myliłam.
Pierwsze spojrzenie na wnętrze Grand Central Terminal było oczywistym zachwytem. Przypominając sobie widok warszawskiego Dworca Zachodniego nie trudno zauważyć kontrast. Tak właśnie wygląda dworzec państwa g7.



Po wyjściu z Dworca, czas było zakończyć dzień kolacją z lokalnym piwkiem. W drodze powrotnej do hotelu trafiłam na Bryant Park na tyłach Biblioteki Głównej. Ogródek piwny byl miejscem mojego pierwszego natywnego burgera. Hell yeah!


